W Wielowsi, jak i w jej okolicy, wielu ludzi opowiada jeszcze dzisiaj, że podobno przez pewien czas wieczorem w pobliżu kościoła ukazywał się duch pastora. Był ubrany w ornat i trzymał w ręku otwartą biblię. Trwało to jednak krótko.

Było to przed wybuchem I wojny światowej. W kościele posługę duszpasterską pełnił wtenczas pewien stary pastor. Żył samotnie, ponieważ żona zmarła mu przed laty. W ciągu dnia często odwiedzał swoich parafian. Ale przeważnie jednak całymi godzinami wysiadywał w ogrodzie, gdzie rosły dostojne lilie, jesienne astry i chryzantemy. Natomiast wieczorami zagłębił się w swoich grubych, starych i tajemniczych księgach.

Pewnego razu zdun postawił mu nowy piec w jego sypialni. Duchowny cieszył się, że wreszcie będzie miał ciepło. Tego dnia, jak zwykle, ślęczał do późnej nocy nad swoimi ulubionymi książkami.

 Rano znaleziono pastora martwego. Jego następca zapisał później, że zmarł on z przemęczenia organizmu.

Wówczas stara plebania groziła zawaleniem i była także za mała dla licznej rodziny nowego pastora. Zdecydowano o budowie nowej z obszerną pracownią dla duchownego. Wkrótce wraz domem powstał prześliczny ogród, pełen rozkosznych kwiatów i drzew.

Parę miesięcy później gosposia zobaczyła w ogrodzie dziwnego ducha i uciekła przestraszona. W końcu odważyła się opowiedzieć o tym pastorowi. Początkowo pastor kpił sobie z tego, ale w końcu polecił, żeby go zawołała, gdy znów ten duch się ukaże.

Pewnego wieczoru, gdy pastor siedział w swoim gabinecie i przygotowywał homilię do niedzielnej mszy, nagle nadbiegła zadyszana gosposia.

 „Pastorze, szybko, tam w ogrodzie jest on…”- zawołała ze strachem. Pastor wziął brewiarz i wyszedł do ogrodu. Tam zapytał ducha, co oznacza jego pojawianie się. Duch odpowiedział, że nie zazna spokoju, dopóki na jego grobie nie pojawią się białe lilie. Po spełnieniu woli zmarłego pastora, jego duch nie pojawiał się już nigdy w ogrodzie.

Antoni Merta